Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co swą skroń ich ogniami wieńczy tryumfalnie,
Dwa — zda się — mórz otchłanią rozdzielone światy!

Nigdyż nie wyjdzie górnik na powierzchnię ziemi,
Aby słońce zobaczyć na jasnym lazurze?
Nigdyż jego promieńmi ogrzany zlotemi,
Nie pozna, jak tu życie bogato się plemi?
Jak duch, mrokom oporny, płynie wciąż ku górze?
Nigdyż nie wyjdzie górnik na powierzchnię ziemi?

A wy, coście urośli tych górników potem,
Coście ze wszystkich źródeł pili rozkosz bytu,
Ukołysani miękkim, pieszczonym żywotem,
Upojeni pieśniami — i winem, i złotem —
Nie zejdziecież w te głębie, gdzie śród machin zgrzytu,
Rodzi się wasza rozkosz tych nędzarzy potem?

Ale czem wy jesteście? Wasze blade wargi
W odurzającej woni kwiatów egzotycznych
Wciąż skarżą się przesytu. I cóż są te skargi?
Czyż puch waszego łoża rzucił was w letargi,
I w nudzie wciąż o ziolach śnicie narkotycznych,
Coby spurpurowiły wasze blade wargi!

Czem wy dziś? Napół bogi, a trupy napoły!
Wypieściliście nerwy wasze jak mimozy,
Przepaliliście serca wasze na popioły,
Przetrawiliście mózgi wszystkiemi żywioły,
Niosącemi truciznę szału i newrozy!
Wy, na połowę bogi, a trupy na poły!

Wasze dusze zastygły na wszystkie porywy,
Bo każdy wam się zdaje, jak jałowa gleba;
A wola — do napiętej podobna cięciwy,
Pęka, nim w bezpłodności wysiłku straszliwej