Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale, pamiętny losów Akteona,
Skrywszy się w gaju, odchyliłem liście.
I, niby dusza piękności spragniona,
Z cienia patrzałem tam, gdzie w ametyście
Kąpielnej strugi białe dziewic łona
Od pryskających fal lśniły śrebrzyście
I pieśń śpiewały, pełną łez serdecznych
I pruły tonie śród pląsów tanecznych!

Nie da się słowem powiedzieć, ni piórem
Najwymowniejszem nie da się opisać,
Jak się tam róże zlewały z marmurem,
Jak złoty warkocz zdawał się kołysać
Nad promienistym spojrzenia lazurem,
Jak z tych różanych warg biegły wysysać
Motyli roje miód i aromaty:
Takie rozkoszne wypadły mi czaty!

Naraz umilkła pieśń. W przecudnej bieli
Własnego ciała wyszły z fal dziewice,
Może upiory, a może anieli —
(Bo któż odgadnie owę tajemnicę?),
Żem klął tę przestrzeń, co mię od nich dzieli: —
Chciałem przemówić i spojrzeć im w lice,
Chciałem całować... Więc biegłem, lecz rychło
Zbłądziłem. Wszystko mi znikło i ścichło.

I cała boleść odżyła w mem łonie
I zapłakałem nad swym ciężkim losem:
Znów mię nieznane czekają pogonie!
Wtem nad różowym zawisły lotosem
Ptak białoskrzydły w złocistej koronie
Uleciał w górę — i człowieczym głosem
Rzecze mi: „Powstań!” — a gdym wstał: „Chodź ze mną!”
Więc szedłem, trwogą wzruszony tajemną.