Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakby pijany mistycznym nektarem
W strumienia fale spoglądałem srebrne,
Na drugą stronę, zda się, party czarem,
Myślałem tylko, jak te fale przebrnę,
Aż oto niebios tajemniczym darem
Zaprawdę, moce czuję tu nadniebne!
Ujrzałem nagle łódź, która bez wiosła,
Jak skrzydło ptaka lekko mię uniosła.

O, co za laurów gęstwiny bezbrzeżne,
O, co za otchłań róż oleandrowych,
Co za obrusy mirtów białośnieżne,
Co za girlandy drzew pomarańczowych!
Jakieś mię dreszcze przechodzą lubieżne
Od tych błękitnych gwiazd i purpurowych...
Za wonne łoże dla Heliogabala
Służyćby mogła ta kwiatowa fala!

Z trzcin, ponad wodę, kołowemi loty
Niosły się jętki. Motyli rój biały
W zieleni ścigał motyli rój złoty
Tak, jakby kwiaty po kwiatach latały.
Gromady ptaków swoich serc tęsknoty
Głosiły gajom dźwięcznemi hejnały;
Powietrzem płynął jakiś oddech świeży,
Jakby dysząca toń mórz bez rubieży.

Więc szedłem dalej w las. O, nowe cuda!
Co to za chóry przerywają ciszę
Czarownym śpiewem! Nie, to nie ułuda,
Ja słyszę głosy, śmiech i pieśni słyszę —
To głosy ludzkie są! Czy mi się uda
Przez gaj, co do snu zapachem kołysze,
Przejść, aby ludzi tych ujrzeć oblicze?
Ujrzałem cudne postaci dziewicze!