Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na żadnej mapie ziemia ta nieznana,
A droga do niej przez bór ciemny wiedzie,
A poza borem skał olbrzymia ściana,
W szkarłacie, kirze, w zieleni i kredzie,
W pierwiastki różnych kolorów przybrana.
Na skale błądzą sępy i niedźwiedzie,
Co w ciemnym borze mają legowiska,
I chodzą grzać się tam, gdzie słońce błyska.

Szkarłat żelaza, czarne melafiry,
Białe marmury i bazalty czarne,
Jedne na drugich — niby cierpień wiry
Na wirach cierpień — jak bryły cmentarne
Ciążą na sobie. Przeczyste szafiry,
Promienie słońca posyłają skwarne
Tej ścianie z głazów, co się w skrach migota
I grobom płoną, jak nadzieja złota.

O serce moje, ty się krwią zarumień,
Krwią odrodzenia, nadziei, wesela,
Bo oto nadszedł dzień cudów i zdumień!
Wszedłem na skałę, co najgórniej strzela,
U stóp mych płynął zwierciadlany strumień,
Co przezroczystą głębią swą przedziela
Te nagie szczyty murów niebotycznych
Od cichej gąszczy lasów bezgranicznych.

Gaje to były wonne, południowe,
Tonące w morzu zieleni bogatej,
Patrzące w jezior fale kryształowe,
Mchami porosłe, przystrojone w kwiaty,
Błękitne, złote, białe i różowe,
I tak świeżemi pełne aromaty,
Że od rozlanej ich woni subtelnej —
Duch jakiś w serce mi zstąpił weselny.