Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrz! tędy codzień szła na nabożeństwo,
Spuściwszy oczy, niby dziewczę skromne,
A w tym ogrodzie — o, dziwne szaleństwo!
Ukląkłem przed nią pierwszy raz! Tu — pomnę
Jej pocałunek — pierwszy raz! Przekleństwo
Tobie, niewierna! Są światy ogromne,
Gdzie mi zaginiesz w sercu i pamięci!
Dość — bądź mi zdrowa — niech ci los się święci.

Tak, chwiejny gniewem i żalem i trwogą,
Z własnej boleści szydziłem w goryczy.
Nieraz myśl moją kołysał złowrogo
Zimnej mogiły oddech tajemniczy
I śniłem ciszę wiekuistą, błogą,
Gdzie się uśmiechów ani łez nie liczy,
Dokąd trucizny prowadzą i noże...
Ha, płyńmy, płyńmy na szerokie morze!

Powędrowałem w świat z rozdartem łonem:
Klęczałem w burgów niemieckich kościołach,
Błądziłem stepów bezdrożem zielonem,
Na gór wyniosłych byłem śnieżnych czołach,
W lasach, co bujnie kwitły winogronem,
W dolinach, puszczach i miastach i siołach...
Świat mi zewnętrzny ciągle się odmienia,
Lecz w sercu niema, niema zapomnienia!

Ani Paryża tryumfalne łuki,
Gdzie płoną gwiazdy myśli i przepychu,
Gdzie wszystkie cuda nauki i sztuki
Wypijasz w jednym rozkoszy kielichu;
Ni gajów cisza, ni wulkanów huki
Nie nakazały milczeć temu lichu,
Które ścigało mię przez oceany,
Wciąż odradzając mego ducha rany.