Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I tylko dziwnie to moje uczucie
Zmieniło postać i treść i istotę:
Nieraz mi drżało w takiej rzewnej nucie,
Żem się obawiał patrzeć w jutro złote,
I ból utracić, aby to ukłucie,
Które w półsenną mi przeszło tęsknotę,
Nie popłynęło tak, jak płynie woda...
I tak, boleści mej było mi szkoda.

Zaprawdę, mówię! Nawet żmija owa,
Co pierś mi żądłem skrwawiła zatrutem,
W myśli mi stała już nie tak surowa,
Nie tak potworna! I z mniejszym wyrzutem
Ważyłem czyny jej, ruchy i słowa
I łzy mi ciekły strumieniem mniej sutym.
Siebiem ja sądził, siebiem winił raczej,
Że we mnie źródło mych klęsk i rozpaczy.

Moc-że to czasu, czy wrażeń zewnętrznych,
Że mi się ból mój stał taki błękitny,
Jak błękit nieba śród nocy miesięcznych
I taki cichy — i tak nieuchwytny,
Jakbym ukochał ten zdrój łez niewdzięcznych
I w sen go jakiś zmieniał starożytny,
Który w mej duszy był jak widmo senne,
Żem odrodzenie jakieś czuł wiosenne.

I dusza moja była taka łzawa,
Tak melancholii uwieńczona kwiatem,
Że nie wiem, byłże-to sen, czyli jawa,
Był-żem na świecie, czyli poza światem,
Gdy raz, zbłąkana mego życia nawa,
Lecąc za jakiemś widzeniem skrzydlatem,
Zmęczona, widać, szlakami znanemi
Do jakiejś obcej zawinęła ziemi.