Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy, że zbyt dumny, aby przed kobietą
Uklęknąć tak jak się klęka w świątyni;
Czy, że zbyt zimno własne czucia bada,
Iż nim zapłoną, gasną — temu biada!

Czy przeto obcem mu ducha wesele,
Że zbyt samotnie jego dumy płyną;
Czyli, że bratnich dusz ma nazbyt wiele,
Aby z nich jedna mogła być jedyną;
Czy, że z miłością jej siostra — śmierć blada,
Zawsze mu serce mrozi — temu biada!

Bo on nie pójdzie różami opięty,
Nie pozna życia najcudniejszej woni —
I w końcu powie: — Ja byłem wyklęty;
Nie było dla mnie majowej harmonii!
Raczej się wcale nie rodzić niżeli
Nie znać melodyi, w której śnią anieli.

Duch jego głodny, a sieroctwem drżący,
Choć jako bóstwo byłby doskonały,
Łamać się będzie od tej brakującej
Ducha połowy, co tworzy kryształy.
I zawsze będzie — smutny i samotny —
Jakby u brzegu przepaści wilgotnej...

Miłość jest własny bieg życia naszego.
Ona jest jego pełnią księżycową,
W niej jest modlitwa, w niej bytu całego
Prawda najwyższa i jedyne Słowo,
Chwała i rozkosz. W niej, jak słońce w fali,
Miłość wszechistot złotą skrą się pali.

Wszystkie sny moje za wiatru szelestem
Znikły rozwiane we mgle rozczarowań;