Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Samotny jestem, rozpłakany jestem
I pragnę słońca i snu pocałowań.
Oto się wieczór zarumienił cichy
I rozemknęły się róży kielichy.

Oto się wiosna w mem sercu zbudziła,
Krzew moich uczuć znów się zazielenił,
Oto bogini mi się objawiła...
A czemużbym jej boginią nie mienił,
Gdy w niej się cała myśl duszy mej streszcza,
Cała serdeczność moja się wypieszcza?...

Kocham... ach, kocham! Oto ku mnie spływa
Szelestu skrzydeł i ptaków śpiewania
I blasków pełna — i wonią pieściwa
Dusza, co dłonią siostrzaną odsłania
Mej ciemnej duszy świetlane szafiry,
Dźwięczne melodyą złotostrunnej liry.

Ile uśmiechów — ach! ile pogody —
I słodkich spojrzeń ile — ile wzruszeń —
Ile zapału i krwi życia młodej —
I pocałunków — i czaru pokuszeń —
Ach ile niebios — i ile uroku —
Ile... Ach, cóż to? cóż to? Łzy w mem oku?..

Ach, każdy uśmiech staje się trucizną,
Spojrzenie każde — pomarszczeniem czoła,
A pocałunek każdy — siną blizną,
Każda pokusa cierpienia wywoła
A każdy urok jest złudą przemienną,
A każdy zapał — jest nocą bezsenną.

Kto od tęsknoty płonął i usychał —
I śnił — i marzył — i wątpił — i wierzył —