Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słońce pali, słońce gore —
Ziemia w blasku aż omdlewa,
Ledwie dysząc — napół chore,
Usypiają w żarach drzewa.

Rozżarzony promień słońca
Ich zielone listki pieści,
Pocałunkiem srebrnym trąca:
Żaden liść nie zaszeleści.

Nie szeleści nic w tem sennem,
Nieruchomem oślepieniu,
W tem płomiennem, w tem promiennem,
Jednostajnem oświetleniu.


VI.

Na około mur zieleni,
W amfiteatr ułożony —
Sto zieleni, sto odcieni —
Różne barwy, różne tony.

Zieleń srebrna, zieleń złota,
W szary popiół, w biel odziana —
Kirem smętna jak sierota,
Lub w błękitach wykąpana.

W tej zieleni srebra tyle —
Bieli — kiru — a błękitu!
Tu szmaragdy w złotym pyle,
Albo ściany malachitu!

Owdowiałe bzy na dole,
Brzozy w szatach z białej kory,