Strona:Poezye T. 2.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Strzeliły w górę, aż zalśnił szczyt wieży
Od iskrzącego błyskawic zawoja,
A blask na blachach kościelnych się mrowi,
Jakoby na nie padały ogniste
Krople deszczowe... Trąby się ozwały,
Kłócąc milczenie nocy uroczyste — —
Huk ich rozległy w przestwór ciemny bieży
I świat napełnia druzgoczącym grzmotem — —
Słychać, jak w dali drżą pękając skały,
Domy i kościół walą się z łoskotem,
A tłum ów nagi, nagle naprzód pchnięty,
Runął w płomieni skłębione odmęty.
Zaś ci, co byli za Jehową, chcieli
Jakoby biedz tam, gdzie w ziemnej gardzieli
Ich nadzy bracia w płomieniach ginęli...
Ale Jehowa rozpostarł ramiona,
A moc z nich biła wielka, nieskończona,
Nieprzejednana i niezwyciężona...
I spuścił ręce i w ulicę ową
Wiódł niemy orszak... Tu wszystko ściemniało — —
Ogień gdzieś zniknął z nagą rzeszą całą,
Tylko widziałem jeszcze za Jehową
Idący orszak długo i słyszałem
Jeszcze trąb grzmoty brzmiące coraz ciszej — —
Aż wreszcie nic już nie mąciło ciszy
I ciemno stało się w przestworzu całem.