Strona:Poezye T. 2.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle Jehowa wzniósł w górę prawicę
I dym się skłębił gęściej nad zarzewiem,
A płomień buchnął złotym słupem w górę,
Miecąc na wieżę blasków błyskawice
I na strop ciemny rzucając purpurę.
A trąby do ust podnieśli ci, którzy
Przy ogniu stali i mosiądz zadźwięczał,
Jak głos zdaleka nadchodzącej burzy,
I w ciszy nocnej grzmiał głucho i jęczał.
Wtem tłum ów nagi pchnęła jakaś siła
Ku płomieniowi — — ale starzec wtóry
Podniósł powoli prawicę do góry
I groźna gędźba trąb się uciszyła,
Albowiem starce odimali owi
Usta grzmiącemu trąb swych mosiądzowi.
I spadł słup ognia, a ci obnażeni
Wstecz się cofnęli od wrących płomieni.
Lecz znów wzniósł rękę Jehowa do góry
I znów tak samo trąby zahuczały
I pierwszy obraz powtórzył się cały — —
I rękę dźwignął znowu starzec wtóry
I wstrzymał wszystko... Lecz gdy po raz trzeci
Jehowa znak dał, a w oczach mu świeci
Skra złowróżąca: starzec ów już ręki
Nie wzniósł i spojrzał tak ku orszakowi,
Jakoby rzec chciał: Oto się już moja
Moc wyczerpała... A wraz ognia pęki