Strona:Poezye T. 2.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I w majestacie tak wielkiej powagi,
A twarze mieli smutne i ponure. —
Od strony wieży, w lewo, przy płomieniu,
Mężczyzn i kobiet czernił się tłum nagi:
Wszyscy od ognia bijącego w górę,
Ciała cofali wstecz, w świetle bronzowe,
W tył prężąc ręce i w tył tężąc głowę,
Tak, że im żebra znać było przez skórę — —
Widać, okropną przeniknięci trwogą,
Cofnąć się, uciec chcą, ale nie mogą,
Jakby przyrośli stopami do ziemi.
Usta otwarte mieli, jak do wrzasku,
Skrzywione strachem, jednak byli niemi,
Jakoby głos im na błyszczących zębach
Lodem się ścinał... W ich oczach, przy blasku,
Widziałem rozpacz... Tłum ten w dymu kłębach
I w cieniu nocnym ginął gdzieś daleko,
Ledwo majacząc przy kościelnych zrębach. —
A po miejskiego placu stronie drugiej,
W półświetle bladem, kroczył orszak długi
Mężczyzn i kobiet, w szatach, co się wleką.
Wszyscy zwieszoną mieli na pierś głowę
I szli powoli. Przed pochodem owym
Dwaj starcy: jeden, jak sobie Jehowę
Wyobrażamy — — kto drugi był, nie wiem?...
Orszak w milczeniu sunął się grobowem
W jakąś głęboką i ciemną ulicę...