Strona:Poezye Stanisława Trembeckiego. Tomik II.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długa po nim tęsknota, i pamiątka droga,
Z światłego śmiertelnika uczyniła Boga.
Anacharsys, którego w ciąg wieków daleki,
Uwielbiali bez końca Rzymianie i Greki;
Kochany, długo żywy; gdyby w swoje strony
Rozum tylko przynosił, a nie zabobony:
I Swera nie należy mijać wspominania,
Który był jednakiego z Stoikami zdania.
Humania pan, miłośnik prawdy i nauki,
Chcąc wskrzesić tak szlachetne poprzedników sztuki,
Wybrańszemi drzewami opasane pole,
Ateńskiej w Zofijówce nadać raczył szkole;
Wolnem tchnące powietrzem, nie ściśnione murem,
W jakiem lubił rozprawiać Krates z Epikurem.
To wszelkich wnioskujących w swe obręby wpuszcza,
Z ich pokłóceń częstokroć prawda się wyłuszcza.
Wszedłem tam przestrzeżony, że w te właśnie czasy,
Dwa w niej szkolne Atlety chodziły w zapasy;
Nie rozumiem co pierwszy, co wyrazał drugi,
Choć ich głosy powtarzam, jak czynią papugi.
Sędziwszy z nich, zaczęte już kończąc rozmowy,
Tak niewyszukanemi gruntował je słowy:
«Gdy więc o wszystkich rzeczy namieniamy wątku,
Ten końca mieć nie będzie, jak nie miał początku.
Nigdy go nie przyrasta, nigdy nie ubywa,
Ale się coraz inną postacią okrywa.
Żadnego już z tycb we mnie proszku nie zostało,
Które moje składały przed półwiekiem ciało,
Na ich miejsce przez pokarm, oddech, i napoje,
Innych żyjątek części obróciłem w moje.