Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/678

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A kiedy słońce w porannym zakresie
Promienną głowę od wschodu podniesie,
On na modlitwie myślami i słowy
Stara się gniewy przejednać Jehowy.
Lub gdy poranek kwietniowej Niedzieli
Świątecznym blaskiem na ziemię wystrzeli,
Jego źrenice to w Niebo się wznoszą,
To rozpatrują po ziemi z rozkoszą,
Patrzą na lasy, na pola i wody,
I widzą Twórcę w obliczach przyrody.
— Ach! — mówi w sobie — oto trawka licha
Wie, z czyjej łaski żyje i oddycha,
Każda się modli i drobnemi łezki
Daje ofiarę mądrości niebieskiej.
Biały liguster i krasny kwiat róży
Uchyla główkę i Niebiosom służy,
Lilia blada, kłoniąc się ku ziemi,
Szepce modlitwę ustami śnieżnemi;
W wieczór wzdychają i kwiaty, i drzewa,
A z rana rosa łzami je oblewa.
A jaż? sam jeden w niedołęstwie starem
Będę się zginał pod lekkim ciężarem?
Gdy tak myślami pobożnemi bada,
Jak drzewo szumi, jak bije kaskada,
Święta myśl jego, jako perła droga,
Po pięknej ścieżce uleci do Boga.

Cóż gdy po trudach modłów i ołtarzy
Wioskę podmiejską odwiedzić się zdarzy,
Pójść do Łukiszek, w niemenczyńską stronę,
Lub zwiedzie lasy Bezdanu zielone!
Gdy tam w swobodnej sierpniowej zabawie
Mój niewytworny posiłek zastawię,
Gdy siądę w progu, wypoczynku gwoli,
Albo w dziedzińcu pod cieniem topoli,
Gdy cichy kątek zgłodniałego garnie
Chlebem i solą domowej spiżarnie,