Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/679

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Smaczneż to wino lub owoc ze drzewka,
Posilna woda lub mleka konewka!
Cóż gdy po chlebie dla smaku się doda
Krasnej poziomki soczysta jagoda!
Czyż tym przysmakom murena wyrówna,
Albo lukryńska ostryga zbytkowna?

Po skromnej uczcie nadewszystko wolę,
Wyjść ponad rzekę, w zarośle, na pole,
A kiedy burzę napędzają skwary,
Schronić się w ciemne kasztanów konary;
Albo, gdy słońce pogodne zachodzi,
Płynąć zatoką na rybackiej łodzi,
I sieć rzuciwszy, kiedy zdobycz wbieży,
Drgające rybki wyciągać z więcierzy.
A tam ryk żubra w nieprzebytym lesie
Echo przeciągłe nad wodą rozniesie,
A tam w zarośli drobny czyż strzekoce,
A tam słowiki w wierzbach przy zatoce,
A owdzie rzeźkich owczarzów gromada
Sygnałem trąbki przywoływa stada;
Tu z dworskiej niwy idzie kupa ziemian
I pieśń żniwiarską wyciąga na przemian,
Owdzie woźnica z piszczącemi koły
Złociste snopy wiezie do stodoły.

A czyż przemilczeć w samotnej zaciszy
Lube objęcia dobrych towarzyszy?
Jak uwesela niewinnie a mile
Słodki rozhowor, pełny krotochwile!
Śmiech przyzwoity i dowcip niezdrożny
Weselem, kończy nasz dzionek pobożny.

Alfiusz lichwiarz, słysząc o tym bycie,
Co już wieśniackie miał przedsiębrać życie,
Zebrawszy grosze w terminowe święta,
Na drugi miesiąc nie dał ich w procenta.