Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/652

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Bezbożne nadzieje Bóg rzuca na stronie,
W proch marnej nicości rozetrze,
I pyszne przechwałki, co hardy wyzionie,
Rozpłyną się dymem na wietrze.

Ej piosnko ty moja, nieskładna i dzika!
Nie tobie dopłynąć do Nieba!
Tu harfą poety, nie fletem rolnika,
Tę wojnę opiewać potrzeba.

Ktoś wierszem godniejszym potomkom opieje
Te dzieła, ten tryumf bogaty...
Lecz woły już syte, już wieczór szarzeje:
Czas z pługiem powrócić do chaty.




ODA III.
Parodya z pieśni Jana Kochanowskiego,
po zwycięstwie nad Turkami i porażce Kozaków przez
Koniecpolskiego.


Aeterna laudum, nec violabilis,
Polone, merces, sanguine Concanos...



Wieczna ci chwała, chwała niezachwiana,
Lachu! masz pokój w posoce Konkana,
Za jednem cięciem twojego bułata,
Padł Afrykanin, zginął Azyata.

Lud Europy północny, ubogi,
Zgruchotał ostre księżycowi rogi,
Od których słońce zaciera się we dnie,
I wschód różowej jutrzenki poblednie.

Hej, zatryumfuj, narodzie nasz stary!
Oto zabrali Gelonom sztandary
Hetmani polscy, a Tatar złośliwy
Nie rychło wróci pustoszyć nam niwy.

Jedni ucichli, drudzy całą zgrają
Na Wołoszczyźnie przytułku szukają.