Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/651

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Lecz cóż tam pierzchliwi Turkowie, Araby,
Co dzicy poradzą Tatarzy
Naprzeciw Sarmatom? — ich zastęp tak słaby,
Lecz w sercu odwaga się żarzy.

Tu Litwin szermuje dotrwały, waleczny,
Tu działa rycerski Sarmata, —
Polacy i Litwa, jak miecz obosieczny,
Co razem dwa cięcia rozpłata;

Jak rzeka gwałtowna, co dwoma koryty
Spadając ze wzgórza na błonie,
Czy pola, czy lasy, czy baszt wielkie szczyty
Podmyje, rozwali, pochłonie.

Armata Prusaków, bez przerwy ogniona,
Zionęła zabójcze wystrzały,
Chorągwie inflanckie i ruskie znamiona
Niepróżno nad wojskiem rozwiały.

Widziałem was, Turki! wasz księżyc obronny,
Wasza się chorągiew poddawa;
Gdy pierzchał wasz zastęp piechotny i konny,
Wzniosła się kłębami kurzawa!

Nie w liczbie, lecz w sercu wojenna różnica:
Wszak jedno żelazne narzędzie
Las cały wytrzebi, wszak jedna orlica
Największy gołębnik zdobędzie.

Co trupów, i jeńca, i broni, i znaków!
Nie prędko zapomnieć o biedzie:
O meże tureccy! szablica Polaków
Na długo wam z myśli nie znidzie.

Tam Emon — tu stosy zdobyczy i łupów,
Arabskich pocisków i grotów,
Tu leży Karakas, skrwawiony wśród trupów,
U wejścia do lackich namiotów.