Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/648

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Świetną od złota, pereł i klejnotów:
Królem jest u mnie, kto zbył się obawy,
Kto sam jest wojskiem, kto co chwila gotów
Stawić na sztychy swoją duszę dzielną
I wyzwać losy na walkę śmiertelną.

Nic mu do tego, co tam motłoch powie,
Nic mu trofeje, nic wieńce na głowie,
Teatralnego nie pragnie widoku,
Ni trzosów złota, ni marnych krzykaczy, —
Błogosławiony! bo na jego oku
Nikt w żadnych losach zmiany nie obaczy,
Nikt nie dostrzeże, że westchnął nieśmiało,
Lub, że mu serce bojaźnią zadrgało.
Od pierwszej rany nie jęknie — to pewno,
Zadaje ciosy z odwagą widoczną,
Przyjmuje ciosy, nieczuły jak drewno;
Cóż z takim człekiem złe przygody poczną?
Gdy on żeglarzem, nie dba na przygodę,
Niech sobie piorun bije po piorunie,
Na jego głowę niech ogień, niech wodę,
Niech całe morze srogi Auster lunie.
On w swojem sercu, jak w pysznym pałacu.
Bezpieczny siedząc, czyni z losów żarty,
Bo on swem czołem o niebo oparty,
Ze swoich blizen pyszni się i chwali,
Bo jego rany — jego sławą piękną.
A choć się ziemia na popiół przepali,
Choć się obłoki na gruzy rozpękną,
Choć świat, na żużle przepalony czarne,
Przedstawi, jedno pustkowie cmentarne, —
Jego i wtedy nie strwoży ruina,
Jego odwaga jeszcze się nie zmniejszy,
Bo święty Olimp to jego dziedzina,
Bo on na ziemi — ziomek nietutejszy.

On, do Niebiosów dążący szlachetnie,
W śmierci ma zakład wielkiej woli Bożej,