Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/626

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Ja — co sam sobie jestem senatem,
Sam sobie wodzem, konsulem, światem?

Idźcie ode mnie, dotkliwe troski!
Oto mię wzywa Helikon boski,
Cień wawrzynowy, grota Parnasu
Wzywa mię k’sobie wytchnąć z niewczasu.

O helikońska święta wyżyno!
święte fale, co w Cydnie płyną!
Strojny w fiołki tespijski szczycie!
Wody, co z krynic parnaskich wrzycie!
 
O! czyż mię pchnęło ramię olbrzyma?
Czy miły zefir lot mój wydyma,
Że lecę ku wam przez wietrzną drogę?
I aż nad Cyrrą wstrzymać się mogę?

O! lubię przebiedz źrenicą moją
Ciebie, o Rzymie! ciebie, o Trojo!
I Kapitolu stare ogromy,
I awentyński głaz nieruchomy.

Tam, gdzie Klitumnus przy swej opoce
Dziewiczą falą dźwięcznie klekoce,
Albo gdzie Almon spada z szelestem,
Ja chętnie z memi myślami jestem.

Zdrój hypokreński słysząc z ustroni,
Zda mi się, słyszę, jak lira dzwoni;
Bo brzękot wody — to dźwięczne słowa,
To piosnka Muzy, piosnka Febowa.

Tu piękna Liris przepływa skoro,
Tu Trazymenu jasne jezioro
Bursztynem płynie, tutaj Piave
Tryska dokoła krople złotawe.

Tu, kalabryjskie zdobiący kraje,
Ezar opływa łąki i gaje,