Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/625

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Co, wiodąc psiarni łowieckiej sforę,
Ściga jelenie, sarnięta.

Lecz tobie pono bardziej po sercu
Rozumnej Minerwy wczasy,
Lub złotą nicią szyć na kobiercu
Mężów rycerskie zapasy.

Lub gdy pobożny duch się rozżarzy,
Poświęcasz prace twe zdatne,
By na przykrycie Bożych ołtarzy
Utkać opony szkarłatne.

Niepłonna sława trąbi po ziemi
Dank dla zacnego imienia,
I nad przymioty dziwiąc się twemi,
Głośno je światu wymienia.

Poważna piękność iskrzy twe oczy,
Lica oblewa szkarłatem;
Ona i sploty twoich warkoczy
Ubierze złotem bogatem.

Lecz skromność serca nad wieniec złoty
Poważniej ciebie ukrasi,
A rzeźkość duszy i promień cnoty
Klejnotną wodę przygasi.

Tu Kreta, słynna z krasnych korali,
Azya, z berylów sławiona;
Ale gdy cnota swój blask rozpali,
Ognie brylantów pokona.




ODA V.
Do samego siebie.


Quid diu vanas feriente nubes
Vota fallaci jaculamur arcu?


Długoż mam nosić rusznicę moje,
Puszczać do chmury próżne naboje,