Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/551

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXVIII.

Stary Kijowie, starych kniaziów dworze,
Co masz pamiątek z upłynionej chwili!
Wieśniak je chyba na stepie wyorze,
Lub ktoś wykopie z gruzów i badyli.
Mówią o szczątkach starożytnej Troi,
Ale ja basień kłamliwych nie chwalę.
Powiedz mi, Poncie, o przeszłości swojej,
Gdzie owe łodzie, coć barwiły falę?
Gdzie źródła Idy, albo Samoenty,
Przy których stała Pergamu ruina?
Stary Kijowie! ja wierze w twe szczęty,
To mi tatarską klęskę przypomina.
O! często wroga widziały twe wieże,
Niszczyli wioski łupiezcy dalecy;
Nie darmo oracz i na pole bierze
Pałasz do boku a kołczan przez plecy.
Krwią już przesiąkła skiba na poparze,
Krew się rumieni na kłosach ze żniwa.
Nieraz, gdy siądą południać żniwiarze,
Wróg uzbrojony obiad im przerywa.
Przebrzydły Tatar, we zbójeckim tłumie,
I nasze wioski niszczy i zapala,
I Dnieprem przebrnąć i przypłynąć umie,
Choć fala Dniepru jako morska fala.
Wiąże na trzcinę, krępuje do łyka
Bezbronnych jeńców, a strzegąc swej głowy,
Przed zbrojnym mężem na koniu umyka.
Gdzie niesie noga i wicher stepowy.
Goloną głowę kosmykiem oszpeca,
Goloną szyją czerwienieje sprośnie,
Okrom czupryny wygolonej nieco,
Na całej twarzy żaden włos nie rośnie.
Niekiedy broda na ich twarzy dzikiej
Sterczy obrzydłe, lecz częściej twarz naga;
Jeno się z głowy wiją dwa kosmyki,