Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/550

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sarmackich królów gościnna zabawo,
O święty Lwowie, gdzie chętni bywamy!
Od twoich murów aż się mży powietrze,
Twe szyby błyszczą, jak gdyby ogniska,
Z twojemi baszty aż chmura się zetrze,
A stopa twoja podziemie naciska.
A zegar, wdzięcznie bijący na wieży,
Ciche godziny rozwlekle ogłasza;
Czas wzięty w kluby wskazówką się mierzy,
W koło go wprzęgła umiejętność nasza.
Młotek uderza po dźwięcznym metalu,
Echo powtarza za każdą godziną:
Minęła chwila!... o warta jest żalu,
Bo czas szacowny bez powrotu płynie!


XXVII.

Pora zanucić o Zamościu pienie.
Sam Bóg do murów powołał te cegły,
Oto rzucono węgielne kamienie,
W gwieździe Saturna cne czasy się zbiegły;
Wertumnus w jasnej przyświeca kolei,
Merkury wdzięczne wyjaśnił oblicze,
Gwiazda Jowisza i miłej Astrei
Świeci na nowe mury sądownicze,
Gdzie zbrojna w zakon zasiędzie na nowo
Z radnemi pany Temis sprawiedliwa.
Tam kują mury wieżycą śpiżową,
To postrach wrogów, to twierdza Gradywa.
I Mars zawołał: To moje Zamoście,
Tutaj stolica wojennego boga;
Prędzej tu działa śpiżowe zanoście,
Tu sarmackiemu rycerstwu załoga!
Siła turecka w tych murach się złamie,
Tych baszt spłoszony Tatar nie zdobędzie,
Nie stać na rozcież Janusowej bramie,
Gdzie Mars żelazny na stolicy siędzie!