Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/527

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakby go doma pokrywała strzecha.
Gdy przyjdzie zima, kiedy kwiat pospada,
A trawa polna pod śniegiem się zetnie,
Pasterz do domu odprowadza stada, —
Zima pożera plony całoletnie.
Zalotna jodła, nie dbając, że zima,
Swój ciemny warkocz rozpuszcza ku ziemi;
Na jej gałęziach wszystek śnieg się trzyma,
A żółta trawa świeci się pod niemi.
Tu nieraz pasterz, chcąc dla swej obory
Skrócić zimowe niewolnicze chwile,
Na starą trawę wypędza je w bory,
A trzoda gryzie wrzosy i badyle.


XII.

Rzekliśmy dosyć: a teraz koleją
Rozpowiem mleczne obfite udoje.
Pomóż mej pieśni, jasna Galateo!
Przybądź łaskawa na żądanie moje!
Dwojga zaklęciem wzywam cię z daleka,
Plemię Nereid! przyjdź natchnąć me baśnie!
Na twe oblicze, co bielsze od mleka,
Przy którem białość śniegowa zagaśnie,
Na pamięć o twym wiernym Polifemie,
Co śnieżne mleko przynosił ci w darze,
A opuściwszy rodowitą ziemię,
Wabił cię pieśnią, grając na fujarze.
Na znanych brzegach on zaledwie żywo
Nie wpadł za tobą, gdzie morska głębina.
Pieśniami cieszy miłość nieszczęśliwą,
Morskie potwory i skały zaklina:
Twarde granity i sploty korali,
Delfiny morskie! poświadczam się wami!
Neptunie, ojcze i uśmierzco fali!
Bądźcie niewinnej miłości świadkami!
Ginę — grot ślepy moje piersi bodzie,
Ostre się ciernie w moje serce wbiły.