Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/518

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stąd echo rzeźwiej rozchodzić się będzie.
A kiedy leśnej lękacie się drogi,
Tutaj znajdziemy snadno przewodnika.
Oto wychodzi Satyrus dwurogi,
Oto was nimfa gajowa spotyka.
Przyległe bory zwiedzim po kolei,
Które lud kocha i szanuje tkliwie;
Śpiewak z muzami po nieznanej kniei
Będzie się błąkał w uroczym podziwie.
Gdzie się zarośla najcienistsza kręci,
Leśni bogowie wiodą nas w ubocze.
Tu niema ścieżek, jeno trop zwierzęci,
Kiedy niekiedy ptaszek zaszczebiocze.
Może iść nie chcesz? — błąd już niecofniony,
Bośmy zabrnęli w labirynt Dedala.
O święte muzy! przebieżmy te strony,
Przepatrzmy wszystko z poblizka i zdala.
Bystro ogarnie wasze oko młode
Lasy, co tulą pod namiot chłodnawy;
Zapamiętacie ruskich drzew przyrodę
I leśne gęste a zielone trawy.

IV.

Już długo błądzim na skwarnem gorącu,
Już prędki oddech kołysze nam łono;
Tu snadno będzie, wykradłszy się słońcu,
Znaleźć spoczynek pod liści oponą.
Dęby na górze, a olcha w dolinie
W stare gałęzie uroczyście szasta.
Owo krynica, co z pagórka płynie,
Spada ze szmerem i w strumień urasta.
A słowik w cierniach strzela pieśń miłosną,
Mała ptaszyna aż zatrząsa knieje,
Z piersi drobniuchnej wielkie tony rosną,
Z drobnego pyszczka tysiąc dźwięków leje.
Szpak ostrym głosem zakrzyczeć go pragnie,
Szczygieł z rozgłośnym szczebioce wyrazem,