Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/519

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chrapliwy chróściel odzywa się w bagnie,
Turkawka jęczy i echo z nią razem;
Kwiczoły, stadem przeciągając codzień,
Kulistą chmurą w powietrze się wznoszą;
A tyle gwaru, że śpieszny przechodzień
Wstrzyma się nieraz i słucha z rozkoszą.
W tysiącznem echu różnobrzmiących pieśni
Niełacno zliczyć pojedyńcze tony.
Tam siedzą gronem zawiadowcy leśni:
Sylwany, Fauny i Satyr schylony.
Uchodzą muzy, bo też nie przystało
Czystym dziewicom być w rozpustnym rzędzie;
Idą pod dębu osłonę wspaniałą,
I każda bierze właściwe narzędzie.
Klio najpierwsza na trzcinianym flecie
Zadzwania piosnkę na rozgłośne echo;
Piosnka kolejna z ust do ust się plecie,
Las zagrał dźwiękiem, zaszumiał pociechą;
I w każdym dźwięku, i po każdem słowie
Wtór płynie lasem od drzewa do drzewa:
Bo huknij w lesie, las hukiem odpowie,
Poszepnij pieśnię, las cicho odśpiewa.
Jako zwierciadło, co kształty odznacza,
Tak echo leśne odbija się słowy.
Waha się jeszcze gromada śpiewacza,
Komu poświęcić swój hymn pierwiastkowy:
Czy starym lasom? czy wyniosłej wieży?
Lub na cześć Rusi i tutejszych ludzi?
Apollo, znając, komu dank należy,
Tak pierwszy zapał uroczyście budzi:


V.

Cóż tu się marnie waha orszak cały?
Święta cześć lasów sięga z tak daleka!
Wszak dawniej lasy, niż miasta, nastały,
Pierwej Bóg stworzył drzewo, niż człowieka.
Były tu lasy od najrańszej chwili,