Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/541

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Niechaj ten pije, który rąbie drzewa,
    Pracuje z pługiem, albo trzody pasie;
    Lecz my próżniacy — ach, ojcze Tarasie!
    Nas dostatecznie piosenka rozgrzewa,
    Boleść rozpala, a myśl ogniem piecze,
    Już i tak serce rozpęknąć się może! —
    A jam nalegał: Człowiecze, człowiecze!
    Zrozumiej życie, szanuj dary Boże.
    Że dziś czy jutro ma cierpieć z nas który,
    tem już dawno przewidziano z góry.
    Trunek, co duszę wpół martwą ożywi,
    Co w stare kości wlewa siły młode,
    Nie dla tych dany, którzy są szczęśliwi,
    Lecz dla cierpiących — po łzach na osłodę! —
    Tak nalegałem, bom kochał Szymona,
    Sądząc, że w smutnym uleczę obłędzie,
    Że gdy wstręt pierwszy do czarki pokona,
    To już weselszy i szczęśliwszy będzie.
    Więc go zakląłem: jeśli jest kolegą,
    Kocha mnie, ludzkość i Boga samego,
    Niech pokosztuje.
    Skosztował z kielicha,
    Wypił aż do dna — nalał drugi, trzeci.
    Chciałem go wstrzymać — już rękę odpycha,
    Już dzikim ogniem jego oko świeci:
    Pić mi podajcie! — tak zakrzyknął wściekle —
    Ogień piekielny niech pali się w piekle!
    Nalej mi miodu, gorzałki czy smoły!...
    Zdrowie zdrajczyni!... pij ze raną Tarasie!
    Pił i nalewał już martwy na poły,
    I krzyknął: Pijmy! teraz już po czasie!
    Spełniona dola... Przeklęty, przeklęty,
    Kto pierwszą kroplę w moje usta wsączył!...
    Krew już do piersi nawala się wzdętej...
    Nalałem czarę — do dna będę kończył:
    Dopytam może, gdzie jest szczęścia meta...
    Niech żyje ludzkość! niech żyje kobieta!