Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/542

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Tak pierwszy puhar spełniwszy złowrogi,
    Pobrnął do wioski lasami i jarem,
    I tam do reszty zgubił się puharem,
    I tu nieszczęsny spoczął wedle dropri...
    To my, dziewczyno — myśmy go zabili,
    I brama piekieł wspólnie nam otwarta...
    Przyjaciel Taras i kochanka Marta
    Do ostatecznej przywiedli go chwili,
    Bo podbudzając niebacznie, z daleka,
    Rozpłomienili namiętności człeka...
    Ty z jego serca wyp;eniłaś wiarę
    W godność ludzkości, którą wyssał z mlekiem;
    A ja ognistą podałem mu czarę,
    Aby do reszty przestał być człowiekiem.
    Kto z nas winniejszy — Bóg kiedyś rozważy:
    Tyś go na duszy, jam zabił na ciele...
    Nam się zdawało, że takich zbrodniarzy
    Kapłan od razu rozgrzeszy w kościele.
    Lecz nas odepchnął, wskazał za pokutę
    Własne sumienie i modlitwę łzawą;
    Aż w dzień Zaduszny mieć będziemy prawo
    Znów nasze myśli gorzkie i zatrute
    Otworzyć przed nim... Tu, u grobowiska,
    Krzepmy modlitwą serce, co usycha;
    Dosyć rozpaczy! niechaj modła cicha
    Ulecza boleść, co serce naciska.
    Męczennik serca, co leży w tym grobie,
    Może już przebył czyścowe otchłanie,
    I nam odpuścił winy przeciw sobie,
    I nas przed Bogiem uniewinnia za nie.
    Módlmy się tylko!
    Wsparł głowę na ręku
    I czytał psalmy pokutne ze łkaniem;
    Dziewczyna głosem bolesnego jęku
    Słowo zu słowem powtarzała za nim.
    Wieczorne słońce z za góry, z za chmury,
    Rozlało uśmiech po ziemskim obszarze,