Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/540

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Jaż przecie starzec — gdzież moja rozwaga?
    Ja, com doświadczył tyle w życiu mojem, —
    Ogień piekielny, co się w sercu wzmaga,
    Jam mu podniecił gorącym napojem.
    Słuchaj!
    — On długo błąkając się w lesie,
    Wpół nieprzytomny, prawie wpół umarły,
    Jakoś ku mojej przywędrował strzesie,
    Do drzwi zapukał — drzwi mu się otwarły.
    Poznał mię prędko — zapłakał boleśnie,
    I całą siłą rzucił się na szyję:
    — Ojcze — zawołał — znasz, jak serce bije,
    Bo tyś mię uczył, jak się składa pieśnie!
    Kłamstwo, mój ojcze, że jest cnota w świecie,
    Że za ród ludzki żyć i umrzeć warto,..
    Ty znałeś Martę — och! to święte dziecię!
    Ojcze, weź książkę! pomódl się nad Martą!
    Już Marty niema — już śmierć w jej źrenicy
    Ona zginęła! stracone nadzieje!
    Choć jeszcze żyje, choć jeszcze się śmieje.
    To ziemny robak z śmiechem zalotnicy! —
    Tak wpiwszy we mnie swe źrenice krwawe,
    By zebrać oddech, całe piersi sili,
    I wszystko w jednej wypowiedział chwili,
    Zaśmiał się gorzko i upadł na ławę.
    Łzy mi stanęły, żal ścisnął się w łonie...
    Chciałem go cieszyć najprędzej, najprościej,
    Rzekłem wesoło: Źle czynisz, Szymonie,
    Że z jednej sądzisz o całej ludzkości!
    Ona zdradziła — ty cierpisz! ja wierzę;
    Lecz śmiej się z tego — jedyny ratunek:
    Potrzeba w inszej pokochać się szczerze,
    Ale tymczasem — trunek na frasunek!
    Mam tu miód stary — wypij, to pokrzepi!
    — O nie, mój ojcze! — tak Szymon odpowie —
    Jam niegdyś pijał, nadwerężył zdrowie,
    Piłem w cierpieniu — nie było mi lepiej.