Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/539

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    A gdy ju gmina pogrzebła wioskowa,
    Przyszedł, zapłakał nad matki mogiłą,
    Lecz do nikogo nie powiedział słowa...
    Potem się zjawił — ale w jakim stanie!
    Blady. odarty, upadły do tyla,
    Że gdzie przed świtem, nim jutrznia powstanie,
    Już on w gospodzie kielichy wychyla,
    Dziwne piosenki bełkoce bezładnie,
    I znowu pije, póki z nóg nie spadnie.
    Zadrzemie chwilka, wstanie i znów woła:
    — Dajcie mi czarkę! precz z życiem przeklętem! —
    Chciałam doń mówić — nie poznał mię zgoła...
    A może poznał, bo spojrzał ze wstrętem,
    Zgrzytnął zębami, odwrócił się żwawie.
    Wychylił czarkę i zasnął na ławie...
    Tak stargał życie — i po krótkim czasie
    Nieszczęśliwego nie było na świecie!...
    Ojcze rodzony! ach, ojcze Tarasie!
    Jak na spowiedzi teraz wszystko wiecie...
    Dzisiaj w kościele — ot tak, słowo w słowo,
    Odkryłam rany mojego sumienia.
    Lecz że zabójstwo cięży nad mą głową,
    Pleban mi dzisiaj nie dał rozgrzeszenia,
    I kazał tutaj modlić się w pokorze,
    Aż się przebłaga miłosierdzie Boże! —
    I tak dziewczyna, pasując się w męce,
    Długo płakała, twarz ukrywszy w dłonie;
    A stary Taras, załamawszy ręce.
    Jęknął serdecznie i tak mówił do niej:

    XXVIII.

    — Późny żal przyszedł do twojego serca,
    Za późno wracasz na poprawy drogę...
    Ja ci okropną pociechę dać mogę,
    Że jeszcze drugi jest jego morderca!
    Tyś rozpoczęła nierozważnym szałem,
    A ja zabójstwa jego dokonałem.