Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/538

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Zabiłaś, Marto! zabiłaś mię srodze!
    Zabiłaś wiarę we wszystko na ziemi!
    Przeklęte trzykroć to plemię człowiecze!
    Ten świat nie dla mnie... Bywajcie już zdrowi! —
    Znów zastąpiłam drogę Szymonowi,
    Lecz znów odepchnął i słowa nie rzecze.
    Poszedł do lasu — mnie zamrok uderzył.
    Padłam i w ziemię uderzyłam głową;
    A gdy chłód nocny nieco mię odświeżył,
    Przyszłam do chaty, bredząc gorączkowo.

    XXVII.

    Przez dwa tygodnie leżałam w maglinie,
    Ze strasznej śmierci pasując się siłą...
    A gdy mię Pan Bóg z choroby podźwignie,
    Już w naszej wiosce Szymona nie było.
    Mówdli ludzie, że ledwie oddycha,
    Że się zabłąkał w najciemniejsze knieje,
    Że jakieś piosnki wyśpiewywa z cicha
    I dzikim śmiechem szydersko się śmieje;
    Że nigdy słowa nie mówi do człeka,
    Że tak się błąka całe dni i noce,
    Że dreszcz ogarnia, słuchając z daleka,
    Kiedy z nim leśne echo zachychoce...
    A tutaj w wiosce, w zagrodniczej chacie,
    Dogorywała jego matka w nędzy.
    Chciałam ją cieszyć po syna utracie,
    Lecz mię przeklęła — uciekłam co prędzej...
    Przyszłam nazajutrz — i znowu przeklina...
    Tylko już w samej ostatniej chorobie
    Nie przeszkadzała czuwać mi przy sobie
    I nie nazwała zabójczynią syna.
    Spędzałam przy niej długie chwile czasu,
    Czuwałam nad jej ostatnią godziną...
    On się raz przywlókł pod chatę matczyną...
    Ujrzał mię w oknie — i wrócił do lasu.
    Matka umarła — a jego nio było;