Strona:Poezye Katulla.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Wśród łez mokrych, co cieką po spłakanej twarzy:
»Więc mię, zdrajco, zabrałeś od ojca ołtarzy
»I wysadziłeś, zdrajco, na ten brzeg tu pusty?!
»Więc śmiałeś bogów wzywać fałszywemi usty
»I z krzywemi przysięgi wracać w próg domowy?
»Więc wybić strasznej myśli nie mogło nic z głowy?
»Więc w twej piersi kamienie, a nie serce gości,
»Boby miało dla biednej choć iskrę litości!
»Nie takieś mi, niebodze, robił obietnice,
»Oj, nie toś mi przyrzekał, podając prawicę,
»Ale gody wesołe, szczęśliwe zamęście:
»Poszły z wiatrem ulotnym i gody i szczęście.
»Odtąd niech żadna męskim nie wierzy namowom,
»Niech nie ufa mężczyzny przeniewierczym słowom.
»Bo póki rwie się dusza i pragnie namiętnie,
»Wszystko przyrzec ci gotów i przysięgnie chętnie;
»Ale skoro nasyci serce pożądliwe,
»Za nic święte przysięgi, za nic słowa tkliwe.
»Jam cię, zdrajco, wyrwała ze śmierci paszczęki,
»Brata woląc poświęcić, co padł z twojej ręki,
»Niźli ciebie opuścić w tej strasznej godzinie;
»Za to zwierząt i ptaków mam być łupem ninie
»I nikt nawet mych kości ziemią nie przykryje!
»Czy tobie matką lwica, co w pustyni żyje,
»Syrta, Scylla żarłoczna, Charybdy otchłanie,
»Lub cię morze na brzegi wycharkło w bałwanie,
»Że mi tak się odpłacasz, od śmierci zbawiony!
»Jeśli już we mnie ślubnej nie chciałeś mieć żony,