Strona:Poezye Katulla.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Ileż westchnień się z piersi wyrwało kryjomych,
I ślubów niedaremnych, li bogom wiadomych?
Bo jak dąb rozłożysty na Tauru szczycie,
Lub smolną sosnę, szyszki rodzącą obficie,
Wicher, nagle przypadłszy, z korzeniem wyrywa;
Drzewo waląc się przestrzeń szeroką pokrywa
I wszystko, co na drodze, kruszy, miażdży, miele:
Tak Tezej ziemię bykiem straszliwym zaściele,
Co wiatr pusty rogami bódł w szalonym miocie.
Teraz, chwałą okryty, myśli o powrocie,
Ostrożnie się trzymając cienkiej nici wątku,
By w jakim labiryntu nie zbłądzić zakątku,
By szczęśliwie zwodnicze wyminąć zakręty.
Ale pocóż od rzeczy zbaczać rozpoczętej?
Mamże wspomnieć, jak, biedna, ojcowskie oblicze,
Jak porzuca siostrzanej miłości słodycze,
Jak rodzicę tonącą w łzach i narzekaniu,
Wszystko, wszystko Tezeja poświęca kochaniu?
Lub jak przez fale płynie do Dyi wybrzeży,
I jak tam ją niewierny kochanek odbieży,
Gdy spoczywa głęboko pogrążona we śnie?
Raz po raz kilkakrotnie krzyknęła boleśnie,
Pierś jęki przeraźliwe rozpaczą targały;
Potem pędzi, nieboga, na szczyt stromej skały
I stąd patrzy na morza niezmierzone dale;
To znów zbiega, szalona, w pląsające fale,
Z pod miękkiej szaty nagie ukazując nóżki,
I te straszliwe skargi szerzy i pogróżki