Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chodzili razem, czy to na jarmarki,
Czy na odpusty do Czerska, do Warki, —
Ona już dawno u Boga na łonie...
Potem staremu zatętniało błonie,
I stanął hułan z chorągiewką szytą.....
Potem okrutne zboże, jęczmień, żyto, —
Potem wesela, — miodu pełne dzbanki, —
Potem dożynki, — potem pohulanki. —
Potem jak szczęścił synowéj dzieweczce,
Bas okruteczny i skrzypek na beczce...
I począł śmiać się do owych wspominek,
Aż go znów zaćmił wieczny odpoczynek,
Bo wraz posmutniał, łzą powiekę zrosił,
Jakby za grzechy odpuszczenia prosił. —

Tymczasem proboszcz także jak ów dziadek,
Janowéj pracy, poczciwości świadek,
Wiedząc z kim sprawa, że to człek coś warty,
Jako nie czynił w życiu nic na żarty,
Bo od chłopięcia miał szczególny statek,
W bitwach i w pracy i około dziatek,
Którego duszę znał jak swoją własną,