Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyspowiadawszy się wstawali z łoży,
I szli do pracy i dość mieli siły
Gdy ich niemocy bóle opuściły.
To cóż dopiero wam, coście na sile,
Tylko że starzy, to i jeno tyle...
Będziecie żyli tatuś jeszcze z nami,
Za roczek, za dwa, dziewczynę wydamy,
I Bóg najświętszy raczy nam to sprawić,
Że nam będziecie i to błogosławić. —
Już ci prawnucząt dwoje w pole biega.
A ta ostatnia dziewucha u brzega.

Po licach dziadka uśmiech się przewinął,
Potem zadumał się i ręką skinął; —
Popatrzał w pole gdzie orał, gdzie siewał,
Gdzie kosił, woził i wesoło śpiewał;
Ziemia ojcowa czarna, jak stół równa,
W jasnym od słońca blasku, jak królówna;
Most na strumieniu i wierzby nad drogą,
I het daleko — choć pusto a błogo.....
Przypomniał sobie, że owym gościńcem,
Gdy żona panną, a on był młodzieńcem,