Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I wiedział jako zawdy była jasną,
Tak jako wyszła z Przedwiecznego dłoni, —
Wziąwszy ampułkę i chłopca co dzwoni,
Ruszył z kościoła modlitwy mówiący,
Głowę chylący, na świat nie patrzący;
I szedł do chaty a dzwonek podzwaniał,
I jaki taki przed Bogiem się kłaniał.
Bo gdy ksiądz idzie, świat ogarnia skrucha,
I polne ptastwo zamilka i słucha;
Jaskółka nawet świegotna przysiada,
I zda się ziemia cała pacierz gada...
Zboże kłosami chyli się do ziemi
I cisza między brzozy płaczącemi,
I nieme bydle żuć przestawszy trawę,
Leżąc, spogląda na tę dziwną sprawę.

Po przywitaniu w zwyczajnym sposobie, —
Dwaj staruszkowie zasiedli przy sobie.
Chwilkę milczeli, a po małéj chwili,
Chłopek się święcie u nóg księdza schyli,
I ośmielony słowami pociechy,
Pocznie wyliczać swego życia grzechy;