Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyrosło sobie nieprzeszkodzone,
Porozwijało pręty zielone,
I daléj wije..... więc grzyby ścienne,
A zresztą wszystko umarłe, senne,
Swięty[1] pod oknem odzian kapturem,
Zdał się nie człekiem ale marmurem.
Toż król zagada..... — witamy radzi —
— Kogoż tak późno Bóg nam prowadzi —
— Héj! to my grzeszni, lecz w dobréj sprawie,
Chciejcie nas tylko słuchać łaskawie.
Oto świadomi jakoście dbały
O rozszerzenie Chrystusa chwały,
Równie gorliwi o świętą wiarę,
Przynosim z sobą małą ofiarę.
I wydobędzie z pod krótkiéj szuby,
Worek pieniędzmi ładowny, gruby.
— Zachowaj skrycie zkąd się to wzięło,
Boć to na kościół na boskie dzieło,
To lepiéj z tego nie robić pychy,
Proś tylko Boga za nasze grzechy,
A za nic ważąc ziemskie bogactwo,
Dorzucęć jeszcze jakie opactwo.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Święty.