Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Człowiek się prześpi i zwierz się schroni,
Od wielkiej biedy...
Po odpowiedzi
Król w złotym krześle w zamysłach siedzi,
Czapkę nasunął, wyciągnął nogi,
Wbił że mi sęka ten dziad ubogi.
I wciąż do siebie powtarza z cicha,
Rzeczono w piśmie pierwszy grzech pycha,
Drugi łakomstwo...
A miał zdobyczną,
Najświętszą pannę srebrną prześliczną,
Jasną jak z nieba z przedziwną twarzą,
A stała w skarbcu pod wielką strażą.
Toż układając sposoby w głowie,
— Już go też na to rzecze ułowię.
Wszak pożądańszéj przynęty niema,
W oczach niewiasty, w oczach pielgrzyma,
Jak pozłociste świętych osoby,
Zobaczym jeśli wyjdzie z téj próby.
I wnet świsnąwszy w piszczałkę srebrną,
Na nieodstępną gawiedź służebną,
Posąg im z onéj wyda skarbnicy,