Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Esy, floresy przerozmaite,
W dębowem drzewie dłutem wybite.
Tam liszka w gęstą przysiadła skrytkę,
Tu z krzewia widać wiewiórczą kitkę,
Indziej paw złoty na drzewko włazi,
A wszystko lśni się aż oczy razi.
Takiemiż cudy pokryte sprzęty,
Aż się z podziwu przeżegnał Święty.
A kiedy przytem służba przydana,
W zbroje zakuta w pióra ubrana,
Jacyś paziowie z bronią przy pasie,
I pióry strusimi w drogim atłasie,
Drabów a strzelców przed nim się zbierze,
Święty szatańskie poznał więcierze,
Spojrzał, odmówił rzecz przeciw czarom,
I owym ludziom jak zwodnym marom,
Taką odpowiedź odnieść poleci:
Bogactwo świata krótko się świeci,
I dłużej biedy niźli wystawy,
Niechże z piór złotych szczycą się pawy,
Świetne rozwodząc pióra po kwiatach,
Cnota nie w szatach ani w komnatach,