Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przez izby z których chłód ciągły wieje,
Gdzie okna w ołów całe oprawne,
Pomalowali malarze sławne,
Tak że przez złote świętych figury,
Słońce świeciło jakby przez chmury,
I na podłogi, na rzeźbne słupy,
Poroznaszało złote biskupy,
Twarze dziewicze i patryarsze,
W kwiecistych szatach młodsze to starsze,
Święty Franciszek wezwawszy Boga,
Do królewskiego zbliżał się proga.
Wreszcie w wysokiéj z modrzewia sali,
Otoczon pany w srebrze, we stali,
Król wynędzniały, z bojaźni drzący,
Zwrócił na starca wzrok błagający,
Gdy stanął przed nim pobielon wiekiem,
Nie jak przed królem lecz przed człowiekiem,
Który ostatnią czuje godzinę,
I wielką bojaźń za wielką winę.
Spojrzał błagalnie na sługę pana,
Poczem mu jęły giąć się kolana,
Aż podtrzymany lekko pod pachy,