Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nad szubienicą kruk polny kracze,
Święty przystanie, spłacze się spłacze,
I ciągnie daléj..... wreszcie z za góry
Zobaczy wieże wybiegłe w chmury,
Kędy w posępną niebiosów głębię,
Wzlatają orły, szare jastrzębie,
Ej to tu będzie..... jakoż niedługo
Zejdzie się w lesie z królewskim sługą,
Stary sokolnik z piórem u czoła,
Na krzywém berle trzymał sokoła,
Patrząc na ptaka co w leśnéj głuszy,
Podlatał w górę jak na strzał z kuszy.
— Wracaj do zamku, wracaj niebawem,
A król ci pewnie będzie łaskawym,
Gdy mu opowiesz mnicha przybycie,
A już ptakowi podaruj życie.

— Przez czarne bramy, ciemne przedsienie,
Kędy łby wilcze, rogi jelenie,
Dziki, zwierzęta przerozmaite,
Jastrzęby stare na drzwiach rozbite,
Przypominały myśliwską knieję,