Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na twarz mu żywe wyjdą płomienie,
I krew podchodzi pod same białka,
To znowu radby ukarał śmiałka,
Ale co spojrzy na brodę siwą,
Widzi Bóg stoi niebieskie dziwo...
Ta nędza króla milczeć przymusza,
I poraz pierwszy stracha się dusza.
Więźnie z ciemnego wywiodę lochu,
Lecz trudniéj z tymi co leżą w prochu.
Wreszcie po długiéj ze sobą walce,
Pochyli głowę, podniesie palce,
I rzecze: klnę się na cześć rycerza,
Że oddam biednym co do halerza,
Więźniom na zamku ucztę wyprawię,
Każdemu sukna dam po postawie,
I złoty łańcuch jeśli sławetny,
A zbroję srebrną, jeśli szlachetny;
Na przebłaganie za wszystkie winy,
Pociągnę boso do Palestyny.
A święty ręce wznosząc nad głową,
Bogdajby prawdę miało twe słowo