Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potrzęsie ręką na lite szaty;
Jako z kropidła woda wytryska,
Tak mu z pod palców krew się wyciska,
Bujnemi deszczu leci strugami,
I zbroje plami, jedwabie plami.

— Cud! cud! i wszystko co tylko żyje,
Zgina kolana, w piersi się bije.
A starzec święty: słuchajcie prawi
Patrzący na was serce się krwawi,
Co wy robicie trzodo bezbożna,
Krzywdzicie ludzi, a czy to można?
Ostatni pieniądz wydzierać wdowie,
I czyliż o tem Bóg się nie dowie?
Za lada sprawę w więzieniu głodzić,
I codzień w grzechu jak w sukni chodzić?

Co prawda, prawda, nikt nie zaprzeczy,
Na dworach takich nie mówią rzeczy...
Toż się sumienie w królu obudzi,
Radby przepraszał zabitych ludzi,
Radby powrócił wydarte mienie,