Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szybko przemija lato po lecie,
Wciąż krótsza radość, żałości sporsze,
Dni coraz suchsze i coraz gorsze...
Szczęsny kto siwą oparłszy głowę,
Spokojną z życiem wiedzie rozmowę.
Rany oblicza na polach boju,
Zaznane szczęścia, owoce znoju.
Ni się o przyszłość dzieci kłopocze,
Patrząc na woły w polu robocze;
Na ciche sady, na nizkie chaty,
Bezpieczne widzi kraju powiaty,
Szacunek obcych, miłość u siebie,
Takiego życia dalszy ciąg w niebie.

Śliczna osoba królowa sama,
Jak ona Ewa żona Adama,
Ciągle się panu swojemu mili,
To się po jabłko królowi schyli,
To mu z uśmiechem poda na zwrocie,
Czarę napoju wykutą w złocie;
A co się zniży co się obróci,
Tysiąc promieni brylant rozrzuci,