Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A dworscy widząc swemi oczyma,
Że takiéj służby i sam król niema,
Kiedy widokiem oczy napaśli,
I przeprosili, że świętych naśli,
Z poselstwa swego złożą się trwożnie,
Bardzo uczciwie, bardzo pobożnie:
— Jako król widzieć świętego żąda,
Jak niecierpliwie przyjścia wygląda: —
A gdy skończyli poselstwo oba,
Które się świętéj duszy podoba
Odrzeknie: dobrze, co żąda sprawię,
Niech tylko trzódkę pobłogosławię,
Boża to sprawa.....

Poranne słońce,
Poczęło wschodzić nad mgły stojące,
Kiedy mieszkańcy owi pustynni,
W pracy wytrwali, w sercu niewinni,
Istne chłopiątka, z téj z owéj strony
Na dzień ruszyli na smug zielony:
A no tak święty krzyż ręką kryśli,
Chwilkę się na nich pomodli w myśli,