Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I w jakiéj myśli, w jakim zamiarze,
A nawet we śnie widział ich twarze,
Toż ich pozdrowi bardzo serdecznie,
I za opłotki poprosi grzecznie.
Wchodzą, siadają owi posłowie,
Święty się pyta o króla zdrowie.
— Ho! bardzo dobrze! także królowa,
I synek im się szczęśliwie chowa,
Pan to wspaniały, gdyby na chatki
Nie wkładał takie ciężkie podatki,
Gdyby... toż zresztą i dobre książe,
A święty sobie supełek wiąże,
Nie przytakuje, nie odpowiada,
Aż się anioła swego zabada,
Wreszcie westchnąwszy twarz wypogodzi:
— Droga daleka, panowie młodzi,
Toż się posiłek przyda jak na to. —
I na szerokim głazie przed chatą,
Kładzie po gruszce, po podpłomyku,
I miarkę wody i jabłeczniku.
A gdzie się ruszy łaniątko za nim,
Wielce go cieszy swojem bieganiem.