Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Suchodolski od Mirowskich i Hiż bardzo hyży,
Obaj ludzie kochający ojczyznę najszczerzéj,
I Dembowski kasztelanic od Warszawskich granic.
Tak więc tedy szewc Kiliński skłoniwszy się gościom,
Trzeba, rzecze, koniec zrobić tym moskiewskim złościom,
Już w Krakowie ogłoszono Polskę niepodległą,
I co żyło broń chwyciło za wojskiem pobiegło.
Czegoż zatem się ociągać kiedy lud gotowy,
I Kościuszko naczelnikiem siły narodowéj,
Kto go nie zna to go nie zna, to mi go żal bardzo;
Kto nie wzgardzi takim człekiem szewcy nim pogardzą.
Kto go nie zna to go nie zna myśmy go poznali,
Znamy majstrze naczelnika wrzasło trzech kowali.
To więc tedy kto świadomy co to imię znaczy,
Niech do rzeczy przystępuje i poprzysiądz raczy.
Przysięgamy Panu Bogu i Najświętszéj Trójcy,
Że w ojczyznie żyć nie damy i jednemu zbójcy,
I przyklęknął pierwszy z rzędu, czapkę pod stół rzucił,
A klęczący Antifona najpierwszy zanucił.
Za nim bractwo powtórzyło i też inne cechy,
O ty Matko i Szafarko wszelakiéj pociechy...