Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ku Warszawie okiem mruga przez Floriańską bramę,
A na oku Matka Boża, bo dziadek pobożny,
A na grzbiecie reszta złota bo był pan wielmożny.
Oj! powiedział ojciec Kraków, co wiedział powiedział:
Dzieci moje zabierają będęż ja tak siedział.
Daléj moje głośne dzwony dzwońcie na wsze strony,
Niechże będzie kraj zbawiony i Bóg pochwalony.
I wypuścił naród złoty jakby pszczoły z ula,
Wyroił się lud Krakowski i po Polsce hula.
Usłyszała to Warszawa kochane miasteczko,
Oj! Warszawo ty Warszawo serdeczna mateczko,
Niedaremno Bóg cię związał tą Wiślaną wstęgą,
Niedaremno cię z Krakowem połączył przysięgą,
Niedarmo wam błogosławił na zdrowiu, na dzieciach,
Byś leżała na marnościach jak kosa na śmieciach.
Jak zawołał stary Kraków dzieci gdzie jesteście?
Aż zawrzało na Podwalu i na starem mieście.
Świętojańska się zbudziła od zamku do Fary,
Poskoczyła na Działyńskie, Mirowskie koszary,
Radzi ojciec, radzi matka bo oboje krewcy,
Chłopi stają od Krakowa, od Warszawy szewcy.