Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Księżyc wypłynął nad olbrzymią skałą,
Biały jak srebrny i ruszał się w wietrze,
A Cesarzowi z okrętu się zdało,
Że to niewiasta, któréj stopy letsze,
Od tych lecących na fal morską puchów,
Że ze skał patrzy jeden z świętych duchów,
Że nad jéj czołem tęcza się rozszerza,
Że pod nią świeci Longwood dolina,
Że to Helena matka Konstantyna
Naprzeciw niemu idzie z drzewem krzyża,
Lecz szybko myśl tę odrzuciła dusza
Co miała jedną moc Prometeusza,
Moc co się z Boga mierzy majestatem,
I chcąc świat zbawić wstrząsa tylko światem.

Na trzech mu wyspach spocząć było danem,
Rodzinnéj gdzie mu jaśniała nadzieja,
Na Elbie wytchnął z purpur rozebranym,
Owdzie spoczynkiem spoczął Prometeja.

I jako boje były mu roskoszą,
Tak odpoczynek będzie mu rozpaczą,