Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I blask od wieńca poszedł po przestrzeni,
Jako od pierwszych słonecznych promieni.

Twarz ducha dziwnéj nabrała pogody,
We mgłach nadmorskich widzialna na poły,
A przez płaszcz gwiazdy jakby złote pszczoły,
Albo brylanty skrzyły pierwszéj wody.
U nóg cesarza duchów zastęp mnogi,
Leżał jak gdyby utrudzony z drogi.

I widział pola zarzucone zwłoki,
W daleką przestrzeń jak oczy zasięgą;
Księżyc w tych dołach świecił przez obłoki,
Wśród winnych szczepów leżało Marengo.
I znów jak pierwéj cesarz ujrzał siebie,
Na stu tysięcy żołnierzy pogrzebie.

Na wiecznie śpiących patrzał obojętnie,
Jak orzeł kiedy głód już zaspokoi,
I gdyby nie pies co gdzieś zawył smętnie,
Byłby zapomniał całkiem że to swoi.