Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


By pychę królów nieskróconą skrócić,
Trzeba koronę nosić by ją zrzucić.

Stanąć przed nimi w wieńcu złotych liści,
W paludamencie w złote pszczoły tkanym,
Trzeba obudzić wszystkie ich zawiści,
Trzeba nad nimi się ogłosić panem,
By potem zdeptać te przepychy świata,
I na człowieka spojrzeć jak na brata.

Na tych nizinach co się kwiecą w dole
Ważyć się będą Europy losy;
I Bonaparte spoglądał w niebiosy,
A gwiazdę tak miał wyraźną na czole,
Że się Genjuszem zdawał w owéj chwili
Na téj kolumnie na placu Bastylii.

Nagi z pierwiastku odlany wciąż w locie,
Co w słońcu skrawą zapala pochodnię,
I niebo niesie na swych skrzydeł złocie,
Gdy w zamęt nocy staczają się zbrodnie.